Tym razem Mirek Dąbrowski

Uwaga, otwiera nowe okno. PDFDrukujEmail

Mirek mógł (wy)grać dzięki Ewelinie

Mirosław Dąbrowski, jako szczęśliwy ojciec dwójki małych dzieci na treningi czasu za wiele nie ma, ale trzyma formę, co potwierdził w turnieju nr 7 z cyklu „Nie lubię poniedziałków”. W finale zawodów pokonał Bartosza Szymanowskiego.

Obowiązki rodzinne sprawiły, że „Miro” nie uczestniczył w wiosennej sesji naszego turnieju. Obecna wygrana oznacza tym samym, że osiągnął ja za drugim podejściem w tej edycji.

W drodze do finału pokonał w pierwszej rundzie Janusza Stawarza 3:2, a w drugiej w takim samym stosunku swego późniejszego finałowego rywala. W trzeciej rundzie uległ 1:3 Witkowi Hajdukowi. Na lewej stronie miał tylko jeden mecz, ale spacerek to nie był, bo musiał rozegrać pięć partii z  Bartłomiejem Szkołutem.

Po powrocie na prawą stronę poszło mu już trochę łatwiej, choć rywale byli godni. W ćwierćfinale dość pewnie, bo 3:1 wypunktował Roberta Peckę. – Akurat ten mecz nieźle mi wyszedł. Właściwie powinno być 3:0, ale zagrałem babola w ważnym momencie i pograliśmy trochę dłużej – ocenia bohater wieczoru.

W półfinale Mirek trafił na Arkadiusza Prokopka. To nowa twarz w naszych zawodach. Arek pochodzi z Torunia, w tej chwili mieszka w Holandii, a zawitał do „Ósemki”, ponieważ w Rzeszowie mieszka jego sympatia. – Niezły zawodnik, ciekawie gra. Prowadziłem już niby dwa do zera, ale znów zrobiłem prosty błąd i zamiast trzy zero po chwili zrobiło się dwa do dwóch. Ostatnie słowo należało jednak do mnie – opisuje Mirek.

Bartek w finale zameldował się drugi raz z rzędu. Po wspomnianej porażce z Mirkiem zmobilizował się i na lewej stronie stracił tylko partię, w meczu z Jakubem Mierzwą. W grze o ćwierćfinał z Konradem Urbanem wygrał do zera. Schody zaczęły się na prawej stronie, gdzie z Witoldem Hajdukiem i Sebastianem Kurpą rozegrał po 5 partii. – Z Witkiem prowadziłem dwa do zera, ale szybko zrobił się remis. W piątej partii potrafiłem wykorzystać błędy Witka. Z Sebastianem dla odmiany przegrywałem zero dwa, ale nie poddałem się, grałem do końca i jakoś uratowałem mecz – komentuje Bartek.

Bilans wcześniejszych bezpośrednich meczów finalistów w roli zdecydowanego faworyta stawiał Mirka, ale pojedynek jednostronny nie był. – Z Mirkiem jakoś nie potrafię wygrywać, ale tym razem niewiele brakowało, żebym to wreszcie zrobił. Wygrywałem dwa do jednego i kończyłem układ. Niestety, wychodząc na kombi dałem za dużą rotację. Mirek wykorzystał prezent a w piątej partii, choć było trochę walki, postawił na swoim – podsumował Bartek.

Mirek cieszył się z wygranej, ale był jednocześnie samokrytyczny w ocenie swojej gry. -  Generalnie nie pokazałem w tym turnieju nic wielkiego. W finale też zrobiliśmy sporo błędów, ale akurat mnie dopisało trochę szczęścia. Oczywiście cieszę się z wygranej, bo chociaż nie grałem wiosną, pojawiła jakaś szansa, żeby jednak załapać się do szesnastki i zagrać w mastersie – ocenia Mirek po meczu, który zwycięstwo zadedykował Ewelinie. – Dzieci są małe, więc nie jest łatwo znaleźć czas i wyjść na turniej. Ewelina jest jednak kochana, wyrozumiała i wypuściła mnie z domu na kilka godzin – uśmiecha się zwycięzca zawodów.

Jeśli Chodzi o JackPota wylosowany został tym razem Bartek Szkołut. Po rozbiciu żółta wpadła do łuzy, ale kontynuacja gry nie była łatwa. Niebieska była do wbicia tylko doublem, który jednak nie dawał szans na spozycjonowanie białej. Bartek uderzył mocno, licząc że coś wpadnie, ale się przeliczył.

Za tydzień turniej nr 8. Początek – godzina 18.  

 

  

Udostępnij
Copyright © 2017 Sportowy Klub Bilardowy Ósemka. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem dostępnym na licencji GNU GPL.